RSS
piątek, 29 maja 2009
Wielki Mur

Wielki MurTym razem daruję sobie porządek chronologiczny i zamiast opisywać Zakazane Miasto, które zwiedziliśmy pierwszego dnia, przejdę od razu do dzisiejszej wyprawy na Wielki Mur Chiński. O Zakazanym Mieście i samym Pekinie napiszę w najbliższych dniach.

Najbardziej znanym i popularnym miejscem zwiedzania muru jest Badaling, odległy od Pekinu o 70 km. Ponieważ jednak wszyscy odradzali nam wyjazd do miejscowości, która według naszego przewodnika „w sezonie turystycznym jest najbardziej zatłoczonym miejscem na ziemi”, wybraliśmy inną opcję. Pojechaliśmy do Jinshanling gdzie mur pozostał częściowo nieodnowiony. Jest przez to bardziej autentyczny od tego w Badaling. W tamtej zatłoczonej turystycznej miejscowości, według Chińczyków z którymi rozmawialiśmy, mur został częściowo zbudowany na nowo.

Z Pekinu wyjechaliśmy autobusem numer 980 z dworca Dongzhimen, w pobliżu stacji metra o tej samej nazwie. Autobus ten jedzie do miasta Miyun. Koszt biletu to 15 RMB od osoby. Ostatni odcinek drogi, z Miyun do Jinshanling, można pokonać wynajętym busem. W Miyun nie ma taksówek z oznaczeniami, ale o środek transportu bardzo łatwo. W naszym przypadku już na pierwszym w Miyun przystanku, wypatrzył nas i wpadł do autobusu pewien miejscowy, aby zaproponować nam przejazd. Z tej propozycji jeszcze nie skorzystaliśmy. Kilka przystanków dalej, po błyskawicznej akcji, w której brała między innymi udział kasjerka autobusu, przechwycono nas w celu złożenia kolejnej propozycji.

Znacznie trudniejsze od zdobycia pojazdu były negocjacje w sprawie ceny. Stanęło na 100 RMB, zgodnie z tym co mieliśmy napisane w przewodniku. Sądząc jednak po reakcji tych ludzi i po tym jak szybko się zgodzili, prawdopodobnie mocno przepłaciliśmy. Jazda do Jinshanling zajęła kolejne półtorej godziny. Jechaliśmy wśród coraz wyższych gór. Im bardziej zbliżaliśmy się do tego miejsca tym piękniejsze widzieliśmy krajobrazy. 

Postanowiliśmy, że przejdziemy murem pieszo z Jinshanling do Simatai, kolejnego miejsca w którym można go zwiedzać. Nasz kierowca miał na nas czekać w tej drugiej miejscowości. Bilet wstępu na mur w Jinshanling kosztował 50 RMB.

Mur wije się na wysokich wzgórzach, ciągnąc się kilometrami. Co 200-300 metrów znajdują się kolejne wieżyczki. W tym miejscu faktycznie mur nie był w całości odnawiany. Wieżyczki, poza tymi które znajdowały się najbliżej wejścia, wyglądały na solidnie zniszczone przez czas. Do niektórych z nich nie można dostać się inaczej jak tylko wspinając się. Innych turystów w tym miejscu nie było wielu co bardzo nam odpowiadało. Gorzej z lokalnymi sprzedawcami wody, napojów gazowanych, piwa i koszulek, którzy chwilami mocno dawali nam się we znaki. Chyba cała ludność okolicznych wiosek przesiaduje na murze, usiłując sprzedać coś turystom. Pomimo tego wyprawa była bardzo przyjemna. Ze względu na krajobraz i niełatwy szlak, który musieliśmy pokonać, przypominało to wyprawę w góry. Wszystko to przy wspaniałej pogodzie. Tak pięknego i czystego nieba nie widzieliśmy jeszcze odkąd przyjechaliśmy do Chin. W Yangshuo było na coś takiego zbyt wilgotno.

Mniej więcej w połowie trasy musieliśmy zapłacić kolejne 40 RMB za bilet wstępu do następnej strefy muru, tj. Simatai. Potem już prawie przy wyjściu zapłaciliśmy jeszcze 5 RMB za przekroczenie mostu linowego. W Simatai okazało się, że nie ma naszego kierowcy. Spóźniliśmy się o pół godziny, a on najwyraźniej znalazł w tym czasie innego klienta. Nie straciliśmy na tym jednak. W Jinshanling zapłaciliśmy wyłącznie za przejazd w jedną stronę, a z Simatai odjeżdżał właśnie autobus do Miyun. Bilet kosztował chyba 6 RMB. W Miyun przesiedliśmy się znów w 980 i tym autobusem wróciliśmy do Pekinu.

Galeria zdjęć z wyprawy na Wielki Mur znajduje się tutaj.

czwartek, 28 maja 2009
Pociąg do Pekinu
Nasz przedziałDługi weekend postanowiliśmy spędzić w Pekinie. Pojechaliśmy tam nocnym pociągiem. Koszt miejsca w wagonie sypialnym pociągu klasy D (soft sleeper) to od 650 do 750 RMB, zależnie od miejsca. Łóżka są piętrowe, a te dolne są droższe. To więcej niż za samolot, ale tylko jeśli nie uwzględni się, że po przelocie trzeba zakwaterować się gdzieś w nocy i zapłacić za jedną dobę w hostelu więcej. Po uwzględnieniu tej różnicy koszt jest porównywalny.

W wagonie sypialnym jechaliśmy we trzech (Dawid, ja i Marek). Tym samym pociągiem jechał także Krzysiek, ale on zdecydował się na inną opcję to jest tańsze o połowę miejsce siedzące. W przedziale był z nami starszy Chińczyk. Rewelacyjnie mówił po angielsku, ale trochę go zaskoczyliśmy. Nie spodziewał się chyba, że jadąc do Pekinu trafi do przedziału w którym będzie mniejszością narodową.

Pociąg był szybki i bardzo wygodny. W wyposażeniu każdego miejsca był wbudowany w ścianę telewizor oraz oczywiście świeża pościel. Rozdano nam także po wodzie mineralnej. Było też gniazdko elektryczne, ale nie udało mi się z niego skorzystać. Pierwszy raz zdarzyło mi się tutaj, że do gniazdka nie pasowała europejska wtyczka.

Bardzo dobrze śpi się w takim pociągu, przeciwnie niż w samolocie, gdzie problemem jest hałas. Pociąg jechał ze średnią prędkością około 200 km/h i zatrzymał się po drodze tylko w Nankinie. Przejazd z Szanghaju do Pekinu zajął 10 godzin.
środa, 27 maja 2009
Długi weekend

Jutro mamy w Chinach Festiwal Smoczych Łodzi, ważne miejscowe święto. Wypada zawsze piątego dnia, piątego miesiąca chińskiego kalendarza. Wszyscy mają tu w tym czasie dzień wolny. W tym roku święto wypada w czwartek, a miejscowe władze zadecydowały, że wolny będzie także piątek, tyle że trzeba będzie go odrobić w niedzielę. Tak więc przed nami trzy wolne dni, od czwartku do soboty.

Dla nas jest to znów świetna okazja żeby wyjechać poza Szanghaj. Obchody święta tym razem sobie odpuścimy, chyba że, co jest prawdopodobne natkniemy się na nie także w miejscu do którego jedziemy. Nie wiem czy będę miał tam dostęp do Internetu, dlatego przez najbliższe kilka dni nowych wpisów może nie być.

Tagi: praca
08:19, jah78
Link
poniedziałek, 25 maja 2009
Hangzhou (2)
Na jeziorzeDrugi dzień w Hangzhou rozpoczęliśmy przezornie od zakupu biletów powrotnych. Nie obyło się znów bez konsultacji telefonicznych. Marek wzbudził wśród miejscowych sensację zapisując numery pociągów w notesie. Cały tłumek ludzi zgromadził się wokół próbując dociec co też biały wyczynia. Tym razem kupiliśmy bilety na zwykły pociąg pośpieszny. Bilet kosztował 25 RMB od osoby. Dla porównania podróż z Szanghaju pociągiem klasy D kosztowała 66 RMB.

Nad jezioro wróciliśmy motocyklowymi taksówkami. Nie były to zwykłe motocykle, które funkcjonują jako taksówki na przykład w Szanghaju. Te pojazdy były trójkołowe i wyglądały jak skrzyżowanie motocykla z blaszano-szmacianą budą. Mimo iż nie były szybkie jazda nimi dostarczała niezapomnianych wrażeń. Nasz kierowca jechał slalomem pomiędzy rowerami na skrzyżowaniu, trąbił na wszystkich, znaczny odcinek drogi pokonał chodnikiem. Buda straszliwie się trzęsła na każdej nierówności, a na zakrętach sprawiała wrażenie jakby tuż tuż miała się wywrócić.

Nad jeziorem mieliśmy wypożyczyć rowery, ale nic z tego nie wyszło. Rowerów do wypożyczania stało na ulicach mnóstwo, ale by ich używać trzeba wyrobić specjalną kartę. Jej pierwsze ładowanie kosztuje 100 RMB, a nie mieliśmy pewności czy uda się odzyskać pieniądze, jeśli zwrócimy wykorzystaną tylko po części kartę. Dziewczyna z informacji turystycznej nie potrafiła nam udzielić odpowiedzi na to pytanie. Żeby wyjeździć 100 RMB musielibyśmy zostać w Hangzhou jakiś tydzień.

Legenda o Białym WężuRuszyliśmy w poszukiwaniu większego punktu informacyjnego, po drodze zwiedzając wybrzeże Zachodniego Jeziora. Okolica była bardzo ładna. Całe wybrzeże jest właściwie wielkim, ogólnodostępnym parkiem. Jezioro otaczają wzgórza, na których wznoszą się buddyjskie i taoistyczne świątynie, niektóre z nich bardzo stare. Obszar parku jest tak ogromny, że łatwo znaleźć spokojne miejsce, bez tłumów ludzi. Były też oczywiście miejsca bardzo zatłoczone, głównie w okolicach najważniejszych zabytków.

Jako pierwszą zwiedziliśmy taoistyczną świątynię Qianwang. Zdaje się, że poświęcona jest głównie Qian Liu, założycielowi i pierwszemu władcy królestwa Wuyue ze stolicą w Hangzhou. Jedną z ciekawszych rzeczy, które tu widzieliśmy był żółw, na którym wszyscy siadali. Miał już od tego trochę wytarty grzbiet. Być może przynosi to szczęście, nie mam pojęcia, ale spróbowałem.

Potem poszliśmy dalej wzdłuż jeziora i znaleźliśmy wypożyczalnię elektrycznych łodzi. Ta atrakcja była naprawdę tania, pół godziny jazdy kosztowało zaledwie 20 RMB. Łodzie nie były szybkie, ale i tak pływało się przyjemnie. Wykorzystaliśmy nasz czas do ostatniej minuty. 

Następnie odwiedziliśmy buddyjską pagodę Leifeng. Jest to nowoczesna budowla wzniesiona na miejscu starej, przeszło tysiącletniej świątyni. Tamta, spalona kilkaset lat temu przez japońskich piratów, zawaliła się ostatecznie w 1924. Jej pozostałości można oglądać w podziemiach nowej budowli. Ze wzniesionej na wzgórzu pagody roztacza się wspaniały widok na jezioro, część miasta, pobliskie wzgórza i sąsiednią świątynię taoistów. Wnętrza przyozdabiają buddyjskie rzeźby i malowidła. Najciekawsze było piętro, na którym w formie pięknych płaskorzeźb przedstawiono związaną z tym miejscem Legendę o Białym Wężu.

Zachód słońca nad jezioremNa koniec rozdzieliliśmy się i każdy spędził ostatnią godzinę tak jak chciał. Ja pochodziłem jeszcze trochę po parku i nabrzeżu jeziora. Na dworzec pojechaliśmy nielicencjonowaną taksówką. Nauczyliśmy się, że jest to coś czego należy tu unikać. Normalni taksówkarze jeżdżą zwykle w samochodach w firmowych barwach, muszą mieć licznik i legitymację w widocznym miejscu. Ten nie miał, a za dojazd na dworzec zażyczył sobie dwa razy więcej niż w normalnej taksówce. Po krótkiej kłótni musieliśmy w końcu dać za wygraną. Na dworcu spotkała nas znacznie gorsza niespodzianka, bo przy próbie wejścia na peron zorientowaliśmy się (czy raczej uświadomiono nas), że znajdujemy się na złej stacji. Pociąg miał odjechać ze Wschodniego Hangzhou, a my byliśmy na centralnym. Do odjazdu pozostało 20 minut, ale na szczęście znaleźliśmy taksówkarza (tym razem licencjonowanego), który szybko zorientował się w powadze sytuacji. Przez miasto jechaliśmy przeszło setką. Nasz kierowca trąbił i błyskał światłami na innych by ustępowali nam z drogi. Dystans 7,5 km w zatłoczonym mieście pokonaliśmy w 17 minut. Nawet to by nam jednak nie pomogło, gdyby nie to, że pociąg także się spóźnił. Zdaje się, że wypracowaliśmy sobie w podróżach po Chinach nową świecką tradycję, przyjazd na ostatnią chwilę.

Stacja Hangzhou Wschodnie nie przypominała niczego co do tej pory widziałem. Była nieprawdopodobnie zatłoczona. Tłumy ludzi kłębiły się na stacji przeciskając się z jednego miejsca w drugie. Wszystkie miejsca na ogromnym dworcu były zajęte, a część ludzi siedziała na podłodze. W całym tym chaosie udało nam się w końcu znaleźć właściwą bramkę i doczekać przyjazdu pociągu. Na chińskich dworcach, przynajmniej tych większych, dopiero wówczas wpuszcza się pasażerów na perony. Ruszyliśmy razem z ciżbą ludzi do naszego pociągu. Na miejscu okazało się, że nasze miejsca są zajęte. Wszystko jednak szybko się wyjaśniło. Chińskie koleje sprzedają także bilety na miejsca stojące. Posiadacz takiego biletu może zająć siedzące miejsce, dopóki jego właściciel się nie zjawi.

Pociąg sam w sobie był niezwykłym przeżyciem. Był to zwykły pośpieszny bez żadnych wygód. Bardziej przypominał zresztą polskie pociągi osobowe, bo nie było tu żadnych przedziałów. Chińczycy wokół pili piwo, spali, wcinali ogromne ilości rozmaitych przekąsek, niesamowicie przy tym śmiecąc. Wrzucali ogromne wory, jak na kartofle, na półki z bagażem. Czasem kłócili się o coś. Nieopodal nas, w klatce podróżowały kurczaki. Cała podróż tym pociągiem zajęła przeszło trzy godziny, dwa razy dłużej niż ekspresem w sobotę. Przy wyjściu z pociągu należy jeszcze pamiętać o zachowaniu biletu, bo bez tego można nie wydostać się ze stacji. Zdążyliśmy na ostatnie tego dnia pociągi metra i o jedenastej w nocy wróciliśmy do hotelu.

Galeria zdjęć z tego dnia znajduje się tutaj.
Tagi: Hangzhou
18:22, jah78
Link Komentarze (4) »
niedziela, 24 maja 2009
Hangzhou (1)
Zachodnie JezioroW ten weekend mieliśmy pojechać w góry, na Tianmu Shan, na zachód od Hangzhou. Wyprawa miała być pozbawiona planu i spontaniczna, z założeniem że jeśli będzie taka potrzeba to rozbijemy biwak gdzieś w górach. Organizacja ograniczyła się do wyboru godziny odjazdu i zakupów, w czasie których zdobyliśmy karimaty i śpiwory. Mieliśmy jechać we czterech: Grzesiek, Krzysiek, Marek i ja. Dawid zdecydował, że na razie woli zwiedzać sam Szanghaj.

Z hotelu wyjechaliśmy w sobotę około piątej rano. Na szanghajski dworzec centralny pojechaliśmy taksówką, bo metro o tak wczesnej porze jeszcze nie funkcjonuje. Na miejscu znaleźliśmy nawet okienko z obsługą w języku angielskim (przy wszelkich próbach porozumienia przy pozostałych byliśmy odsyłani do tego angielskiego). Niestety okazało się, że wszystkie bilety na wybrany przez nas pociąg zostały już wykupione. Kolejny pociąg z dworca centralnego miał odjechać dopiero dwie godziny później. Pojechaliśmy więc metrem, które w międzyczasie zaczęło działać, na dworzec południowy. Ten dworzec jest nowszy i znacznie nowocześniejszy od centralnego. Jest także ogromny. W jego budynku spokojnie zmieściłyby się ze dwa „porty lotnicze Balice”. Mimo, że nie było tu angielskojęzycznej obsługi dość łatwo udało się nam kupić bilet na pociąg klasy D do Hangzhou. Pociągi klasy D to te nowocześniejsze, które zatrzymują się tylko w największych miastach.

Dworzec południowy wyglądał może bardziej jak lotnisko niż stacja kolejowa, ale ubikacje na nim zdecydowanie były poniżej zachodnich standardów. Podróżny powinien być przygotowany na przytrzymywanie drzwi ręką z powodu wyłamanych zamków. Inną ciekawą właściwością chińskiej ubikacji jest brak papieru toaletowego. Publiczne toalety w Chinach są darmowe, należy jednak zabrać ze sobą własny papier toaletowy.

Nasz pociąg jechał bardzo szybko, średnio 120-140 km/h, zatrzymując się po drodze zaledwie na kilku stacjach. Siedzenia były bardzo wygodne, a obsługa rozdawała pasażerom wodę mineralną. Podróż takim pociągiem z Szanghaju do Hangzhou zajęła niecałe półtorej godziny.

Na miejscu spotkała nas przykra niespodzianka. Miasto po prostu tonęło w strugach deszczu. O dalszej podróży w góry nie było mowy. Zatrzymaliśmy się więc w lokalnej pierogarni w pobliżu dworca, gdzie delektując się smakiem pierogów, odbyliśmy naradę. Po konsultacjach z bazą (tj. z Dawidem, który został w Szanghaju i miał dostęp do Internetu) postanowiliśmy zostać w Hangzhou i wyruszyć na poszukiwanie hostelu, który miał znajdować się gdzieś w pobliżu Xi Hu (czyli Zachodniego Jeziora). Hangzhou, 6-milionowe miasto i niegdyś przez pewien czas stolica Chin, położone jest na wschodnim brzegu tego jeziora.

Po dłuższym marszu w potokach lejącej się z nieba wody dotarliśmy do pierwszego wybranego hotelu. Okazał się on zbyt drogi, ale na miejscu mogliśmy własnoręcznie rozejrzeć się w Internecie za czymś tańszym. W kolejnym hostelu który wybraliśmy wszystkie miejsca były zajęte. Marek zaproponował recepcjonistce, że prześpimy się na podłodze (bo mamy śpiwory i karimaty). Ta propozycja tak zaszokowała obsługę hostelu, że sami znaleźli nam wolne miejsca u „zaprzyjaźnionej” konkurencji.

Dostaliśmy sześciopokojowy pokój z piętrowymi łóżkami, w całości dla nas czterech. Chłopaki mieli nadzieje, że dokwaterują do nas jakieś Chinki, ale nic takiego nie nastąpiło. Nocleg był w miarę ok, pewnym mankamentem był fakt, iż odpływ od prysznica był zatkany, nie dostaliśmy ręczników, a z obsługą bardzo trudno było się dogadać, ale to w sumie mało istotne.

Niemal natychmiast po zakwaterowaniu, nadal w strugach padającego deszczu, wyszliśmy na spacer. Szliśmy przez las i po pomniejszych górkach, czymś co przypominało nasze szlaki turystyczne. Znaleźliśmy jaskinię i zbadaliśmy wejście do niej. W międzyczasie zaczęło się przejaśniać. Gdzieś w momencie gdy wyszliśmy z jaskini deszcz przestał padać, a później robiło się już tylko ładniej.

Tego dnia spacerowaliśmy jeszcze nad jeziorem, którego brzegi zamienione są w ogromny park, zwiedziliśmy koreańską, buddyjską świątynię Huiyin na którą trafiliśmy po drodze. Przeszliśmy też 3-kilometrową groblą, która dzieli Zachodnie Jezioro na dwie części. Jej budowę rozpoczęto podobno przeszło tysiąc lat temu.

Dzień zakończyliśmy w jednej z lokalnych restauracji. Do ciekawszych z wybranych przez nas potraw należały korzeń lotosu w czymś słodkim (dobry) i krewetki w winie. Krewetki chyba były surowe. Zjadłem kilka, nie są złe w smaku, ale je się je dziwnie. Trzeba przegryźć ten pancerzyk. To, że jedzenie ma zachowaną główkę i czułki także nie pomaga w konsumpcji.

Do atrakcji restauracji należały także ptaki w klatkach. Jednym z nich była zwykła sroka. Inny, prawdopodobnie gwarek, potrafił naśladować ludzki głos. Mówił między innymi „Nihao” i „Bye bye”. Potrafił też perfekcyjnie naśladować charknięcia, które wydają Chińczycy gdy spluwają. Tego zapewne nikt go nie uczył, musiał się po prostu wiele nasłuchać.

Po wizycie w restauracji wróciliśmy zmęczeni do hostelu. Krzysiek i Grzesiek wyszli gdzieś później. Ja byłem tak wykończony, że prawie natychmiast zasnąłem.

Zdjęcia z pierwszego dnia w Hangzhou zamieściłem w tej galerii.
Tagi: Hangzhou
20:22, jah78
Link
piątek, 22 maja 2009
Pożar
Mieliśmy dziś pożar w budynku. Początkowo, gdy rozdzwoniły się dzwonki alarmowe wydawało się nam, że to tylko jakieś ćwiczenia. Dopiero z zewnątrz widać było, że kilka okien na szóstym piętrze jest odymionych. Nie było to nic poważnego, ale i tak cały budynek został ewakuowany. Spędziliśmy pół godziny na zewnątrz, zanim pozwolili nam wrócić. Akcja przebiegła dość szybko i sprawnie. Pewnie pomogło także to, że posterunek straży znajduje się jakieś 200 metrów od naszego biurowca. Przy wejściu dostaliśmy jeszcze po soku, bo przecież trochę wystaliśmy na słońcu, po czym wszyscy spokojnie wróciliśmy do pracy. W drodze mijaliśmy jeszcze strażaków, którzy wynosili węże i ekwipunek.
Tagi: praca
10:12, jah78
Link
czwartek, 21 maja 2009
Alien Employment
Alien EPDostałem dziś swoje pozwolenie na pracę. To zdobyte w Polsce było tymczasowe, a jego ważność skończyła się po czterech tygodniach. Nowe pozwolenie ma dość ciekawą formę, wygląda jak paszport. Wiem już jak zapisać swoje nazwisko po chińsku, ponieważ podane jest także w chińskich znaczkach. A przynajmniej jest w tym dokumencie jakiś napis z opisem „Name in Chinese”. Zgodnie z informacją powinienem nosić swoje pozwolenie cały czas ze sobą, na wypadek inspekcji.
Tagi: praca
16:19, jah78
Link
wtorek, 19 maja 2009
Kino
Byłem dzisiaj z Dawidem na Star Treku. Próbowaliśmy najpierw kupić bilety w kinie obok, na Tianshan Road. Niestety nie byliśmy w stanie dogadać się z bileterem. Nie pomogło nawet pokazywanie zrobionego chwilę wcześniej zdjęcia chińskiego tytułu filmu. Wszystko co był nam w stanie powiedzieć to coś w rodzaju „English no”. Nie wiedzieliśmy czy to on jest „English no”, czy może film jest z dubbingiem, więc w końcu poszliśmy stamtąd.

Kolejną próbę zrobiliśmy w Cloud Nine. Uznaliśmy, że w tak wielkiej galerii musi być jakieś kino. I okazało się, że mieliśmy rację. Znaleźliśmy je po dłuższej chwili błądzenia, na ostatnim, dziewiątym piętrze. Tu nie było żadnych problemów z porozumieniem. Bilet kosztował 40 RMB. Sala nie była duża, ale z bardzo dobrym nagłośnieniem. Na seansie niemal wszystkie miejsca były zajęte. Film wyświetlany był oczywiście w oryginale z chińskimi napisami. Znajomi Chińczycy mówili, że to norma w przypadku amerykańskich filmów.

Bardzo przyjemnie oglądało się film w takim chińskim multipleksie. Zupełnie inaczej niż w tych polskich. Nie było reklam, wiader z popcornem, ani znudzonych buraków urozmaicających seans głupawymi komentarzami. Nie było też rozmów telefonicznych na sali. Publiczność reagowała na film żywiej niż w Polsce, śmiała się we właściwych momentach. Ogólnie było to bardzo fajne.
18:48, jah78
Link
poniedziałek, 18 maja 2009
Xintiandi
XintiandiWybraliśmy się dzisiaj wieczorem na Xintiandi – odnowioną, turystyczną część Koncesji Francuskiej. W planach mieliśmy przede wszystkim kolację w restauracji Crystal Jade na ulicy Xingye. Według przewodnika miało tam być w miarę tanio z możliwością obserwacji przygotowywania potraw w kuchni. Przygotowywania potraw nie widzieliśmy, a miejsce okazało się snobistyczne, jak zresztą pewnie większość lokali na Xintiandi. Było tam chyba więcej Amerykanów niż miejscowych, a ceny niektórych potraw wręcz astronomiczne. Choć znaleźliśmy coś także i na naszą kieszeń, w to miejsce raczej nie wrócimy.

Przyjemniejszy jest spacer po samej dzielnicy, zwłaszcza jeśli oddalić się od głównego traktu i kłębiących się na nim turystów. Xintiandi to dzielnica shikumenów, charakterystycznych dla Szanghaju kamienic z kamiennymi bramami i małymi, wewnętrznymi podwórkami. Były one budowane w szeregach, wzdłuż długich, wąskich alejek.

Zwiedziliśmy miejscowe muzeum poświęcone właśnie shikumenom, gdzie można było obejrzeć rekonstrukcje mieszkań z lat 30. Raczej bogatych mieszkańców, a nie przeciętnych szanghajczyków z tamtych czasów. Były tam między innymi pokoje aktorki, pisarza, czy pokój dziecięcy z epoki. Wstęp kosztował po 20 juanów od osoby. Kilka zdjęć z tego muzeum zamieściłem tutaj.
Tagi: Szanghaj
19:06, jah78
Link
sobota, 16 maja 2009
Maglev
Pociąg wjeżdza na stacjęDzisiaj dotarł do nas Dawid, piąty polski członek naszego zespołu. Pojechaliśmy spotkać się z nim na lotnisko i mieliśmy znów okazję przejechać się Maglevem. Pociąg odjeżdża ze stacji LongYang Road co mniej więcej 15 minut. Podróż na lotnisko Pudong, odległe o niecałe 30 km trwa mniej niż 10 minut. Sama jazda z prędkością przekraczającą 430 km/h jest niezłą atrakcją. Jedzie się bardzo lekko, właściwie płynie w powietrzu. Ciekawe są zakręty, gdy pociąg przechyla się w jedną stronę. W pędzie migają mijane na sąsiedniej autostradzie samochody.

Przejazd w jedną stronę z szanghajską kartą miejską kosztuje 40 RMB. Jednorazowy bilet jest o 10 RMB droższy. Podobno przy wyjeździe z lotniska można dostać zniżkę, jeśli okaże się bilet lotniczy z tego dnia. Ta zniżka to także 10 RMB. Niestety nie wiedzieliśmy o tym miesiąc wcześniej, gdy sami przyjechaliśmy do Szanghaju. Dawid miał już kupioną kartę miejską, a skoro zniżki są identyczne nie było sensu kupowania jednorazowego biletu.
Tagi: Szanghaj
11:59, jah78
Link
 
1 , 2 , 3
statystyka