RSS
czwartek, 23 kwietnia 2009
Biuro

Jest właściwie podobne jak w Polsce, o ile ktoś pracuje w open space. Występują tu jednak pewne lokalne akcenty, które dodają temu miejscu kolorytu. Chińczycy mają prawo do poobiedniej drzemki, w wyposażeniu ich biurek znajdują się więc często poduszki. Ciekawostką jest wspólna dla całego piętra, zanurzona w kubku wody łyżeczka do mieszania kawy i herbaty. Oczywiście można sobie przynieść własną. Każdy z nas wyposażył się już w europejskie sztućce w Tesco (w wyposażeniu hotelu były tylko pałeczki). Inną ciekawostką jest sedes "na narciarza" w ubikacji. Na szczęście do wyboru jest także europejski. Taki też znajduje się w hotelu.

Pracuje się tu co najmniej 9 godzin, z godzinną przerwą na obiad. Czas rozpoczęcia pracy jest elastyczny. Zaczynamy między 8:00 a 9:00. Niektórzy Chińczycy przychodzą i wychodzą znacznie później. My najchętniej przychodzilibyśmy na ósmą, ponieważ w Chinach nie ma czasu letniego i kiedy kończymy po 18:00 jest już właściwie ciemno. Ani razu nam się jeszcze nie udało. Daje znać o sobie "jet lag". Przez pierwsze dwie noce nie mogłem zasnać przed czwartą. Teraz jest już znacznie lepiej. Ci z Was, którzy przyjadą tu po nas, niech wyposażą się w coś co pozwoli im przespać pierwsze kilka nocy. Nie wiem na ile skuteczna jest melatonina, ja żałuję, że nie wziąłem na przykład odrobiny melisy.

Tagi: praca
15:44, jah78
Link Komentarze (1) »
wtorek, 21 kwietnia 2009
Chińskie jedzenie

Ja, ogniste tofu i herbatkaTuż po przybyciu, kiedy pierwszy raz wyszliśmy na miasto, narodził się pomysł by spróbować jedzenia w ulicznej jadłodajni.  Wybraliśmy jedną z pierwszych, która wyglądała przyzwoicie (to znaczy jedzenie nie gotowało się na zewnątrz). Kelnerka niemal złapała się za głowę gdy nas zobaczyła, poprowadziła nas jednak do stolika, gdzie dostaliśmy menu po chińsku, ale za to ze zdjęciami. Miejscowi przyglądali nam się w tym czasie nieco osłupiali. Wybraliśmy pięć potraw, które wyglądały najbardziej obiecująco. Najlepsza z potrawDzięki dużym obrazkom z zamówieniem posiłku nie było problemu. Wyzwaniem było natomiast zamówienie napoju. Kelnerka nie rozumiała ani słowa po angielsku. Pokazywaliśmy na rysunek z piwem, a potem rozmiar 0,5 litra, ale coś poszło nie tak, bo dostaliśmy półlitrowe herbaty w plastikowych butelkach. Nie przejęliśmy się jednak zbytnio, bo przecież poszliśmy tam przede wszystkim jeść. Jako pierwsza do stołu dotarła zimna, brązowa potrawa, którą uznaliśmy za jakieś warzywa. Nic specjalnego, ale dało się zjeść. Potem było moje tofu, tak doprawione papryką, że czułem jakby mi przepalało język. Dobrze, że chłopaki lubią takie ostre rzeczy i trochę pomogli. Później było coś zrobionego chyba z warzyw w dziwnym sosie. Miało bardzo intensywny słodkawy smak i w połączeniu z temperaturą (bardzo gorące) dawało bardzo przyjemny efekt. Prawdziwa eksplozja smaku, jedna z najlepszych rzeczy jakie kiedykolwiek jadłem. Na końcu było coś co ze względu na kształt i kolor uznaliśmy za rodzaj pierogów. Niestety była to okropna pomyłka. Danie z wierzchu rzeczywiście składało się z rodzaju ciasta, ale wewnątrz było tam ohydne, ''Pierogi''ciągnące się, tłuste, wpółsurowe mięso. Walczyłem ze sobą, żeby przełknąć choć jeden kęs, jednak się nie przemogłem. Czekaliśmy jeszcze przez jakiś czas na piątą potrawę, ale ta nie dotarła. Mimo, że straszono nas uliczną kuchnią, właściwie nic nam po tym nie było. Znaczy się, że może jesteśmy odporni. Z tym większym zapałem zabraliśmy się za poznawanie miejscowych potraw.

Wczoraj na obiad zabrali nas Chińczycy z naszego teamu. Spróbuje tu zamieścićRestauracja po lewej trochę praktycznych informacji, bo może niektórzy z Was będą mieli okazję korzystać z nich w przyszłości. Restauracja znajduje się po drugiej stronie ulicy, prawie naprzeciw naszego budynku. Właściwie to są w tym miejscu dwie. W poniedziałek byliśmy w droższej. Do wyboru były takie przysmaki jak szeroko rozreklamowana przez poprzedni team zupa z kaczej krwi. Ja tym razem wybierałem dość konserwatywnie. Ale nie wszyscy postępowali tak asekurancko, Marek na przykład wybrał sobie potrawę ze świńskich żołądków. Poradami wspomagali nas Chińczycy. Wybrałem kawałki kurczaka z ostrą papryką, pokrojoną w paski wieprzowinę, potrawę składającą się z pokrojonych na kawałki zdaje się, że łodyg jakiejś rośliny z dodatkiem tofu, coś zrobionego z jajek o konsystencji zbliżonej do bardzo gęstej zupy oraz oczywiście ryż. Kosztowało mnie to coś w granicach 35 juanów. Jak się później okazało wziąłem więcej niż faktycznie mogłem zjeść. Za tak duży zakup otrzymałem kupon warty 3 juany, na następny raz.

Kurczak okazał się świetny, dobra była też potrawa z jajek. Chińczycy dodawali jej sobie po trochu do ryżu, żeby jak nam powiedział jeden, dodać mu smaku. My potraktowaliśmy tą potrawę bardziej jak zupę. Zielone warzywo, które podobno rośnie tylko w okolicach Szanghaju, było niezłe, ale twarde. Restauracja po prawejTrudno mi też było je nabierać pałeczkami. Wprawdzie posługuję się nimi coraz lepiej (przydała się ta odrobina ćwiczeń w Polsce), ale nie ze wszystkim jest jeszcze łatwo. Najmniej smakowało mi danie z wieprzowiny. Przede wszystkim dlatego, że serwują je na zimno. Dla mnie był to po prostu kawałek tłustego, zimnego mięsa, nic dobrego.

Na prawo od tej restauracji znajduje się druga, znacznie tańsza. Wybraliśmy się tam dzisiaj z Sharon i Yuanlaiem. Tu najpierw płaci się za kupon wart na przykład 11 juanów, a potem przechodzi do baru i wybiera potrawy. Za kupon w takiej właśnie cenie przysługują dwie potrawy mięsne i dwie warzywne, do tego zupa, ryż i jogurt. Wszystko to składa się na jeden dość obfity posiłek. Do wyboru były dzisiaj nawet ziemniaki w zielonym sosie. Taki wybór to jedna z możliwości w tej restauracji. Jest jeszcze druga kolejka z zawsze jednym daniem dnia. Dzisiaj było tam nawet coś co przypominało kotleta schabowego, żaden z nas jednak się nie zdecydował. Wzięliśmy chińskie jedzenie. Ja jakąś wieprzowinę, tym razem przygotowaną na gorąco i dość dobrą.

Tagi: Jedzenie
17:05, jah78
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Pudong nocą

Perła Orientu

Byliśmy dzisiaj wieczorem na brzegu Huangpu, naprzeciw Pudongu. Była godzina 22:00, a ludzi chyba setki. Rzeką co chwilę przepływały statki, większość rozświetlona różnobarwnymi światłami. Zdjęcia niestety wyszły mi słabo. To z Perłą Orientu to najlepsze jakie udało mi się wybrać. Była mgła, przydałby się tam także statyw. Może chłopakom poszło lepiej. Z negatywnych wrażeń, w tłumie roiło się od sprzedawców paskudnych, święcących i błyskających zabawek. Chwilami trudno było się od nich opędzić.

Informacja praktyczna, metro w Szanghaju kursuje do godziny 23.00. Na szczęście o każdej porze do hotelu można wrócić pojazdem uprzywilejowanym w tym mieście, czyli taksówką. Dzisiaj rozgryzłem chyba miejscowe zasady ruchu drogowego. Na skrzyżowaniu pierwsza zawsze przejeżdża taksówka, potem ten co nagłośniej trąbi, a na końcu ci wszyscy którzy mają właśnie zielone światło.

Tagi: Szanghaj
20:14, jah78
Link Komentarze (5) »
niedziela, 19 kwietnia 2009
Pierwsze wrażenia

To miejsce jest absolutnie nieprawdopodobne. Ulice są zatłoczone nawet późnym wieczorem. Nie wiem jak to będzie wyglądać w pozostałe dni, ale w sobotni wieczór ogromna masa ludzi je kolację na ulicy w mieście. Sklepy, warsztaty rzemieślnicze i niezliczone jadłodajnie wychodzą z towarem na ulice. Niemal każde takie miejsce ma swój własny charakterystyczny zapach. Niektóre z tych zapachów są naprawdę przyjemne. Z drugiej strony chyba wiem już jaki zapach poprzednia ekipa ochrzciła "stopami żula", ale bez przesady, można to wytrzymać.

Przechodzenie przez ulicę to wyzwanie. Chińczycy mało przejmują się światłami i przechodzą lub wjeżdżają na skrzyżowanie kiedy chcą. Co dziwne ten system zdaje się działać, nie widzieliśmy tu ani jednego wypadku czy słuczki. Przechodzenie na światłach to jeszcze małe piwo, bo zawsze zbierze się tam gromada pieszych i rowerzystów, która w którymś momencie (nie zawsze przy zielonym) wtargnie na ulicę. Trzeba po prostu poruszać się razem z tłumem. Naprawdę trudno bywa na zwykłych przejściach, kiedy nie ma za tobą napierającego chińskiego tłumu. Wtedy to sytuacja w stylu ty albo on, chiński kierowca, który myśli, że może jeśli w ostatniej chwili doda gazu to zdąży przed tobą przejechać. Nie ma tu miejsca na wahanie, trzeba ostro iść do przodu. Ja się dzisiaj zawahałem i niewiele brakowało, a rozjechałby mnie kierowca który już prawie że się zatrzymał.

Na ogół jednak Chińczycy są przyjaźni i starają się być pomocni. Niestety prawie nikt nie zna tu angielskiego, lub zna go bardzo słabo, więc próby pomocy to często tłumaczenie nam czegoś po chińsku. Bywa, że starsi i dzieci gapią się na nas i wyglądają na lekko zszkowanych naszym widokiem. Młodsi są z tym bardziej dyskretni.

Dwie najgorsze rzeczy w Szanghaju to woda w kranach i chińska wódka. Bez tej drugiej można się oczywiście obejść, kupiliśmy to ramach eksperymentu (nieudanego). Trudno mi sobie wyobrazić kto chciałby pić to coś co śmierdzi rozpuszczalnikiem do lakieru. Chińczycy przecież podobno nie metabolizują alkholu, a żaden przyjezdny nie wypije więcej niż jednego łyku. Może robią to na eksport, sprzedają na przykład drwalom na północnej Syberii. Komuś kto pracuje siekierą przy 50 stopniach mrozu, może być wszystko jedno. Jeśli chodzi o wodę w kranach, to pachnie ona bardzo nieprzyjemnie. Generalnie nie jak coś co warto byłoby wypić nawet po przegotowaniu, czy wypłukać tym sobie zęby. Do obydwu celów lepiej nabyć wodę stołową w Tesco (parter okrągłego budynku na północny wschód od hotelu).

Mamy już za sobą pierwszy posiłek w lokalnej jadłodajni i pierwsze uliczne zakupy. Posiłek zasługuje na oddzielny wpis do bloga, który spróbuję dodać w najbliższych dniach. Uliczne zakupy to torba owoców zakupiona w jednym ze sklepów przez Marka.  Owoc jest żółty, z wierzchu przypomina karłowatą gruszkę, w środku brzoskwinię. Ma silny, charakterystyczny zapach, trochę  słodki. Nie wolno jeść skóry. Marek zjadł trochę, gdy próbował i sprzedawca wpadł w panikę. Potem już po zakupach, jeszcze raz wybiegł za nami żeby przypomnieć, że bez skóry.

Jeśli ktoś chciałby natomiast uniknać takich atrakcji, to tuż obok hotelu znaleźliśmy pizzerię sieci Papa John's. Dobra pizza, w zachodnim stylu, niestety trochę za droga, żeby się tam stołować codziennie.

Tagi: Szanghaj
18:19, jah78
Link Komentarze (4) »
Podróż

Loty minęły bez większych przygód. Do Monachium lecieliśmy Avro RJ85, a do Szanghaju Airbusem A340. Tym pierwszym raz dość mocno zatrzęsło, gdy w czasie obniżania przelatywaliśmy przez chmury. W drugim turbulencje powtarzały na tyle regularnie, że w końcu się przyzwyczaiłem. Jeden moment był nieprzyjemny, gdy zaczęło trząść w czasie śniadania. Napoje wylewały się z kubków, trudno było to wszystko utrzymać.

Himalajów nie zobaczyłem. Przelecieliśmy daleko na północ od nich, pewnie przez wzgląd na bezpieczeństwo trzymając się dużych miast. Lecieliśmy nad Warszawą, Moskwą i Nowosybirskiem. Dwóch pierwszych nie było widać z powodu chmur. Co do Nowosybirska nie jestem pewien. Widziałem w nocy nad Syberią jakieś duże miasto, o bardzo regularnym układzie ulic. Wyglądało jak krakowska Nowa Huta, tyle że w dużo większej skali, z centrum i rozchodzącymi się od niego promieniście alejami. Po wzejściu słońca, przez większą część czasu, nic nie dało się oglądać. Blask bijący od chmur w dole był oślepiający.

W samolocie można było oglądać filmy i programy telewizyjne (niestety najciekawsze tylko po niemiecku) przerywane ogłoszeniami załogi. Jeśli idzie o współpasażerów, w samolocie przeważali oczywiście Chińczycy. Siedzący obok jeden ze starszych Chińczyków głośno bekał przy jedzeniu. Oni zdaje się bardziej swobodnie podchodzą do takich naturalnych odruchów. Cóż, tak pewnie jest zdrowiej.

Pod koniec w dole trochę się rozpogodziło i wreszcie można było wyjrzeć za okno. Szanghaj z wysoka wygląda niesamowicie. Wrażenie byłoby jeszcze lepsze gdyby nie był tak zamglony. Nad miastem wisi gruba, bura chmura smogu. Na sam koniec przelecieliśmy jeszcze chwilę nad morzem, które w tym miejscu (ujście Jangcy) przypominało bardziej żółtawą, błotnistą rzekę i wylądowaliśmy na lotnisku Pudong.

Do miasta dostaliśmy się Maglevem. Bilety można kupić w automacie niedaleko wejścia na stację. Przejazd w jedną stronę, do stacji metra LongYang Road kosztuje 50 juanów. Przy wejściu bagaże są prześwietlane jak na lotnisku, ale obsługa nie jest aż tak skrupulatna, więc poszło szybko. Bilet z Magleva należy zachować, żeby wydostać się przez bramki na stacji docelowej. Wrażenie szybkości w czasie jazdy tym pociągiem jest niesamowite. Maksymalnie jechał przeszło 430 km/h.

Z LongYang Road pojechaliśmy linią numer 2. Bilet na Loushanguan Road kosztował 5 juanów. Po krótkim starciu z bramką, która usiłowała zatrzymać moją walizkę, na oczach zgorszonego policjanta, dostałem się do środka. Jazda szanghajskim metrem jest szybka i bardzo przyjemna, choć w pewnym momencie (przed Placem Ludowym) zrobiło się tłoczno. Do hotelu Kingtown ze stacji nie było więcej niż 200-300 metrów. Nie musieliśmy nawet przechodzić przez ulicę, co jest tutaj pewnym wyzwaniem. Zameldowaliśmy się na miejscu około godziny 16 lokalnego czasu.

15:48, jah78
Link
Wstęp

Zakładam tego bloga, dla tych wszystkich, którzy prosili mnie by podzielić się wrażeniami z pobytu w Chinach. Nie mogę tu niestety każdemu z Was z osobna, poświęcić tyle czasu ile bym chciał. Stąd właśnie ten blog, na którym będę mógł pisać do Was wszystkich.

Wyjaśnienie dla tych, którzy dowiadują się dopiero teraz. Firma w której pracuję wysłała mnie i trzy inne osoby do Szanghaju. Będziemy tu, razem z Chińczykami, pracować nad oprogramowaniem do MSC.

Tagi: praca
15:05, jah78
Link Komentarze (3) »
1 ... 11 , 12 , 13 , 14
 
statystyka